Kto jest wrogiem, a kto przyjacielem.
Gdy włączasz jakiś kanał informacyjny, czytasz jakąś polityczną publicystykę, zauważasz że wiele osób ostatnio zastanawia się nad „prawdziwą twarzą Jarosława Kaczyńskiego”. „Wprost” z Wojewódzkim na czele, Palikot czy też TVN24 wyją, że Jarek przed wyborami udawał, a teraz pokazuje swoje prawdziwe oblicze. To bardzo ciekawe w kontekście Donalda Tuska, Platformy i ich „polityki miłości”. Dlaczego nie trwała żadna bliska wariacji debata nad osobą Tuska kiedy ten z mównicy wyzywał wszystkich i wszystko, co związane z Prawem i Sprawiedliwością? Kiedy z pełną nienawiści twarzą rzucał sloganami, grał na emocjach lub nazywał chuliganami około 700 aresztowanych kibiców (aresztowanych za nic – rzucało racami tylko kilku). Dlaczego po tym fakcie mediów nie owładnęła psychoza mowy o zemście i nienawiści? Gdzie był „ugodowy”, „niekonfliktowy” Donald? Czy to nie była jego prawdziwa twarz – przecież podczas debat wyborczych karmieni byliśmy jakże inną? Niestety, prócz „Gazety Polskiej” nie ma kto o tym powiedzieć. Obłuda trwa. A my zdajemy się nie rozumieć, jak ważny podział się ostatnio zarysował. A właściwie tylko podkreślił, ponieważ trwał on od zawsze.
Nawet do tragedii Smoleńskiej, którą niewątpliwie należy dogłębnie badać – wprowadzono język PR. „Partia na tym chce/ nie chce ugrać”, „wizerunek Kaczyńskiego” – rzygać się chce! Przecież to logiczne, że katastrofę /zamach trzeba zbadać, a jeśli jedna strona (PiS) widzi zaniedbania drugiej to głośno o tym mówi. Media zarzucają Jarosławowi, że ten „już zna prawdę o Smoleńsku”, a tymczasem sami wykluczyli zamach, nazywając taką wizję „teorią spiskową”. Typowo polskie piekiełko. W pewnym sensie jedni drugich warci, bo sensu „zmiany” Kaczyńskiego do dzisiaj nie rozumiem.
Sprawa Smoleńska jest cały czas na górze, media wróciły do jechania po Jarosławie Kaczyńskim. Czy jest tu jakiś naiwniak, który wierzył w zmiany języka politycznego po 10 kwietnia? Jeśli tak, to sami politycy, z Palikotem na czele, już go chyba wyleczyli – gdyż język polityczny jeszcze się zaostrzył. To samo z podziałem Polaków, co akurat uważam za zjawisko pozytywne. Bo z ludźmi myślącymi kategoriami Kuby Wojewódzkiego, MTV oraz Palikota nie można się utożsamiać, będąc polskim patriotą. Jest nas (i ich) mniej więcej pół na pół i wcale nie mam tu na myśli zwolenników Kaczyńskiego i Komorowskiego, Platformy i PiS. Ci dwaj politycy są na szczycie, bo takie są efekty działań IV i V władzy – mediów oraz sondaży. Wojewódzki, kiedy wrzucał głos do urny nie myślał o reformach Bronka, tylko głosował przeciwko ciemnogrodowi – o czym śmiało mówi w wywiadzie dla gazety Tomasza Lisa (26 lipca). Tak samo po drugiej stronie – patrioci głosowali na Jarka, bo nikt inny nie miał szans zatrzymać Komorowskiego. Błędne koło pseudodemokracji samo się nakręca.
Podział Polaków to coś więcej niż PiS kontra PO. To (wreszcie!) spór o wartości. Jedni bronią krzyża, drudzy ich wyzywają i opluwają. Po stronie broniących krzyża stają także Ci, którzy wierzący nie są, stoją po prostu po stronie tradycyjnej i niezależnej Polski. I my też powinniśmy. 10 kwietnia narysował wyraźniejszą linię między nami, drobne tak naprawdę różnice wewnątrz danego (nieformalnego) obozu zatarły się. I dlatego dziś, jako nacjonaliści, musimy podjąć decyzję. Decyzję dojrzałą, nie zaś zaściankową i marginalną. Czy jesteśmy z tymi Polakami, którzy mogą stanowić nasz elektorat czy jesteśmy z mędrcami „tolerancji i postępu”. Czy jesteśmy naprawdę obrońcami tradycji, rodziny i Polski czy raczej swoim zachowaniem pasujemy bardziej na Woodstock i Love Parade.
Bo często nasi ludzie zamiast stanąć w obronie tradycji stają w obronie głupoty. Niestety, z wielu nacjonalistów – szydzących z ruchu społecznego złożonego z szarych ludzi – Kuba Wojewódzki, naczelny MTV oraz organizator „Europride” byliby dumni. Niby buntownicy, radykałowie, opozycjoniści, a stojący po tej samej stronie co liberałowie. Po stronie utraty wszelkich hamulców, moralności i zezwierzęcenia. Nie mam pojęcia jakiej tradycyjnej rodziny chce bronić ktoś, kto sam ma ją gdzieś i traktuje w sposób wyłącznie materialny?
A równanie jest proste. Na tradycyjnej rodzinie zależy dzisiaj przede wszystkim tym, którzy głosowali na PiS. Jeśli nacjonalizm ma mieć masowe poparcie, które jest jedyną drogą do zwycięstwa to musimy do naszego potencjalnego elektoratu wyjść. Wszystkich szydzących z „katolickich oszołomów” niestety muszę zmartwić gdyż nasze postulaty nigdzie nie mają tylu zwolenników. Chciałbym też by odpowiedzieli mi ci „barowi wojownicy” z kim chcą tworzyć naród i silny ruch narodowy? Bo połowa uprawnionych do głosowania to lewaki, postkomuchy i wiejska dyskoteka (elektorat Napieralskiego), „oświeceni europejczycy”, dla których polska tradycja jest wioską, a patriotyzm zacofaniem (elektorat PO), a druga połowa to „katolicki ciemnogród” wraz z mniej lub bardziej zaangażowanymi patriotami. Z tej ostatniej grupy tysiące potrafią wyjść na ulicę (po 10 kwietnia, wcześniej po śmierci Papieża bądź na jego pielgrzymki), reszta ma wychodzenie z domów, gdzieś indziej niż na zakupy i imprezy, w głębokim poważaniu. Czy nacjonaliści plujący na polskich katolików walczących dziś z PO i ich „oświeconym” elektoratem jak nikt inny – są świadomi, że Ci ludzie to nasza jedyna nadzieja? Czy też może po prostu za bardzo wsłuchali się w płyty swoich ulubionych wykonawców, naczytali durnych gazetek i stworzyli sobie w głowach utopijną wizję narodu dokładnie pokrywającego się z ich dziwną wizją rzeczywistości?
Proponuje mniej imprezowania, gier komputerowych i głupot, a więcej analizowania rzeczywistości w jakiej żyjemy. Być może to wyleczy ich z durnych opinii, które tylko sieją zamęt w głowach młodych działaczy. Kto jest wrogiem, a kto przyjacielem? Czy oby na pewno to wiemy? Zacznijmy w końcu myśleć zamiast stawiać sztuczne bariery…
Ł.
| « poprzednia | następna » |
|---|


































